Na naszej witrynie stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczone w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Cookies".

Refleksja filozoficzna

  

„Boże użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżnił jedno od drugiego…”

 

Polecam te słowa modlitwy każdemu, nie tylko alkoholikom… Od wielu lat pomagam ludziom uzależnionym, może więc dlatego coraz częściej zadaję sobie pytania, na które nie znajduję odpowiedzi: dlaczego człowiek sam siebie niszczy? Jak to się dzieje, że zapominamy, że jesteśmy jedyni i niepowtarzalni, że zostaliśmy stworzeni do miłości?

Wchodząc w życie chcemy jak najszybciej osiągnąć konsumpcyjne i materialne dobro. Na początku korzystamy przede wszystkim z naszego przygotowania do wejścia w dorosłe życie. Najczęściej wszelkie brak próbujemy wyrównać zakładając różne maski. Odgrywamy role, próbując przypodobać się otoczeniu. Zapominamy o sobie. Wielu postępuje tak, jak niezbyt pilny uczeń, który chce oszukać nauczyciela ściągając na klasówce. Hurra! Udało się… otrzymał ocenę pozytywną, może śmiać się z „kujonów”.

Człowiek, który nie radzi sobie w życiu, któremu trudno pogodzić się ze swoją niedoskonałością, szuka niekiedy sprzymierzeńca w alkoholu. I tak jak leniwy uczeń – na początku ma same gratyfikacje… Dostaje dużo wzmocnienia – puszczają jego wewnętrzne hamulce, czuje się dowartościowany. Pomału, podstępnie wyrabia się w nim nawyk – jak mi źle – lekarstwo… czyli alkohol – jak mi dobrze – ale chciałbym lepiej – lekarstwo… i znów alkohol…

Nieszczęśnik śmieje się z tych, którzy drobnymi kroczkami wspinają się ku dojrzałości i odpowiedzialności za swoje życie. Pozorne szczęście trwa przez jakiś czas, aż przychodzi moment, kiedy wyrobiony nawyk daje inny przekaz: jest mi źle – lekarstwo…. Alkohol – jest mi jeszcze gorzej. Od tej pory, wciągnięty w nałóg człowiek zaczyna najpierw powoli, później coraz szybciej spadać. W konsekwencji traci to wszystko, co stanowiło dla niego wartość/dom, rodzinę, pracę, siebie samego/.

W czasie rozwoju choroby w psychice osoby uzależnionej, tworzy się system obronny niszczący rozsądek i rozwagę, jest on jak sądzę jedną z przyczyn nie pozwalających wcześniej zobaczyć zła i nieuchronnego samozniszczenia. Zobaczmy jakie to smutne – człowiek przez wiele lat handlował, zamieniał – wszystko co było dla niego drogie na alkohol. Sprzedał za flaszkę wiarę, zonę, dzieci i siebie samego stając się niewolnikiem, a pragnął i dążył do wolności. Teraz boi się śmierci, boi się życia, boi się siebie samego, boi się po prostu prawdy o sobie. Lęka się spojrzeć na swoje życie, na tę ruinę, której budowniczym jest on sam i alkohol, który mu dzielnie pomagał. Ale jest taki moment u alkoholików, kiedy przystają i zawracają do domu jak syn marnotrawny….

Na rozdrożu drogi spotykam ludzi, wyciągam ręce, zachęcam, uśmiecham się… Niektórzy nieśmiało wyciągają swoje. Czują się źle, nie czują się godni, są jednym wielkim cierpieniem, są zaskoczeni, że jeszcze ktoś chce zatrzymać się przy nich. I to jest niepojęte, ale to jest moment, w którym otrzymują łaskę Boga, że pozwolił im przeżyć cierpienie, ich własną interpretację wolności, aby teraz z głową pochyloną wrócili do miejsca, gdzie zaprzedali się. Początkowo szukają wsparcia najpierw w tej osobie, która wyciągnęła do nich dłoń, później takim wsparciem staje się grupa, gdzie otrzymują akceptację, wiarę i nadzieję, pozwalającą odważniej wejść w swoje bagno, z którego czerpią motywację na każdy dzień trzeźwości. Po jakimś czasie w każdym pojawia się tęsknota, poprzedzona smutkiem, żalem, wyrzutami. Tęsknią za miłością Bożą. Boją się… aż przychodzi czas radości: byłem na pielgrzymce… wstąpiłem do kościoła… byłam u spowiedzi… doświadczyłem ogromnej ulgi… Te przeżycia są piękne.

Czuję się wyróżniona przez Boga, że pozwala mi przeżywać chwile, kiedy zagubiony człowiek odnajduje drogę przyszłości, w której na nowo zaczyna stawiać swój dom. Cieszę się i dziękuję Bogu, kiedy widzę, z jaką wiarą, na mocniejszym fundamencie, buduje od nowa swój świat wartości. Kiedy na nowo uczy się śmiać, ufać, mieć nadzieję i poznawać miłość.

Czasem słuchając drugiego człowieka, czuję się jak saper na polu minowym, zastanawiam się, co w pierwszej kolejności rozbroić, aby nie zagubić, nie stracić szans dialogu, spotkania… modlę się i z ufnością oddaję to Panu, a On mnie prowadzi.